Strona główna
Wydarzenia towarzyszące
Wydarzenia towarzyszące
prezentacja multimedialna
BLIZNY HISTORII
Organizator: Muzeum Historii Polski
Pierwszej edycji Europejskich Spotkań Teatralnych „Blizny historii” towarzyszyć będzie wystawa multimedialna przygotowana przez Muzeum Historii Polski.
Wernisaż odbędzie się 19 X 2007 r., o godz.18.00 w Galerii Teatru Polskiego w Poznaniu.
Wykorzystano materiały pochodzące z wystawy Instytutu Pamięci Narodowej „PRL – tak blisko, tak daleko…” oraz filmy:
· „Poznań – Budapeszt 1956” (materiał udostępniony przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych)
· „Solidarność 80” (materiał udostępniony przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych)
· „Grudzień 1970” (film przygotowany przez Instytut Pamięci Narodowej)
· „Przystanek Niepodległość” (film przygotowany przez Muzeum Historii Polski)

Konkurs na esej "Blizny historii" został rozstrzygnięty.
Decyzją komisji konkursowej, spośród zgłoszonych prac, wytytpowany został esej autorstwa
Piotra Bogaleckiego
Piotr Bogalecki
Krety przyszłości. O bliźnieniu
1. Mononukleoza nie należy do szczególnie niebezpiecznych jednostek chorobowych. Cóż z tego, skoro to z jej powodu część wakacji spędzić miałem w szpitalu, nie mogąc w pełni poświęcić się temu, co w wieku lat dwunastu kocha się najbardziej. To niewielki zabieg, do wesela się zagoi – powiedziała pani doktor. Kiedy po miesiącu powróciłem na boisko, koledzy „kiwali” mnie z łatwością. Wszyscy jednak zazdrościli mi świeżej podłużnej blizny nad wyraz męsko prezentującej się na mojej gładkiej szyi. A do wesela się nie zagoiło; chociaż być może przyczyniło. Maryśkę blizna intrygowała zawsze, nie mogło więc nie pojawić się pytanie, a wraz z nim przemożna pokusa. To było na Kościuszki pod wieczór, napadnięto babcię, ja sam, ich trzech, z nożami… Marysia zrozumiała wtedy, że nie może mi wierzyć (co oszczędziło jej późniejszych rozczarowań). Ja – że blizny domagają się opowieści.
2. Jeżeli Hayden White powiada, że „przeszłość jest miejscem fantazji”, to „miejsce” to należałoby porównać nie tyle do placu zabaw – szczęśliwego królestwa dziecięcej wyobraźni – co do jątrzącej rany. Historiografia przypominałaby wtenczas zabliźnianie, a jej wytworem byłyby blizny pokrywające corpus dziejów tak szczelnie, że zasadne stałoby się pytanie o możliwość ideologicznej dziewiczości. Czy istnieje miejsce, w którym skóra świata byłaby jeszcze gładka jak przysłowiowa pupa niemowlaka – przybysza z krainy, w jakiej daremnie szukać kronik i dziejopisów? Czy historia, utożsamiana przez White’a z „brzemieniem”, zaś przez Foucaulta z „dyskursem władzy”, mogłaby obwieścić zgodliwe spotkanie dawnych oponentów?
3. Oparta na faktach prawdziwościowa opowieść o przeszłości, jaką nazywamy historią przypomina chorobę, z której nie sposób wyleczyć się w miesiąc, rok, ćwierćwiecze – w taki sposób można próbować streścić to, co na temat historii ma do powiedzenia Gianni Vattimo, jeden z ważniejszych filozofów współczesnych. Odżegnuje się on przy tym zarówno od nazbyt wygodnickiego jego zdaniem rozwiązania likwidacji historii jako jednej z tak zwanych „wielkich narracji” (J.-F. Lyotard), jak i od zbyt krótkowzrocznego z kolei ujęcia traktującego kolejne kompromitacje historycznych ambicji jako mało istotne potknięcia w realizacji „projektu nowoczesnego” (J. Habermas). Tym, co faktycznie interesuje Vattimo nie są jednak akademickie dysputy, ale blizny.
Pod jego chłodnym spojrzeniem, powątpiewającym we wszelkie formy „medycyny przeszłości”, zadane rany nigdy nie znikają, zaś to, co nazywać chcielibyśmy „bliznami” przypomina strupy ukrywające odbywającą się wewnątrz intensywną pracę gojenia. Opowieści poczęte z takich niezabliźnionych ran nie mogą rościć sobie pretensji do prawdy – powstały jako remedium na sączącą się w środku żółć, na ból, którego nie sposób znieść, czy traumę, jakiej nie sposób usymbolizować. Ponieważ zaś historyk nigdy nie może być pewny, czy uzbroiwszy się w naukowy sztafaż, zdołał zatrzeć piętno blizn, jakie złożyły się na jego etniczną, klasową i polityczną tożsamość – coś takiego, jak „prawda historii” staje się rzeczywistością tyleż pożądaną, co nieobecną. Faktycznym przedmiotem historii nie jest obiektywny opis dziejów, ale realizacja doraźnych celów obowiązujących władz, od czego jej autorzy – chcąc nie chcąc posługujący się zawsze jakimś językiem i funkcjonujący w obrębie określonych pól dyskursywnych – nie mogą się ustrzec. Być może więc ze wszystkich blizn, za jakie odpowiedzialna jest historia, tę najbardziej dotkliwą i najgłębiej żłobiącą skórę świata jest ona sama? Oznaczałoby to, że problemem narodów, grup i rozmaitych mniejszości nie jest poróżnienie, ale wiara w to, że jakakolwiek historia mogłaby, jak do rany przyłóż, położyć mu kres.
4. Dawno, dawno temu dumni historycy lubili przyrównywać swą profesję do lotu orłów, wzbijających się wysoko w powietrze i dysponujących kompletnymi panoramami interesujących ich obszarów. Robili wszystko, by odróżnić się od kronikarzy – ryjących w ziemi kretów, stworzeń o perspektywach w znacznym stopniu ograniczonych, jeśli nie wręcz – by wziąć pod uwagę ich przysłowiową ślepotę – żadnych.
Pewnego pięknego dnia zrozumieli jednak, że o ile pracowity kret dobrze wykonujący swą niewdzięczną pracę przyczynia się do wspólnego dobra, to kret, który stroi się w cudze pióra, przyprawia dziób i próbuje wzbić się w powietrze – jest żałosnym, a często i niebezpiecznym dla otoczenia, fantastą.
5. Niebezpieczeństwo nieuzasadnionego optymizmu „orłów” nie polega na tym, że ich lot prędzej czy później zakończy się mniej lub bardziej dotkliwym upadkiem, ale na tym, że mogą oni znaleźć naśladowców zdecydowanych przełożyć ich teorie na czyny. Rosząca sobie prawo do uniwersalności totalna opowieść historii sprzyja rozrachunkom, jeśli wręcz ich nie prowokuje: pozostawiając poza swym obrębem jednostkowe krzywdy i zranienia, wprawia w ruch intensywne procesy reakcyjne. Wyparta potrzeba zemsty powraca, nakazując rozliczać się z przeszłością, tropić sprawców, wymierzać sprawiedliwość, a nawet zadawać śmierć. Proces zabliźniania zranień, który w życiu publicznym obserwujemy z takim zadowoleniem, może być więc szalenie niebezpieczny; nigdy nie możemy mieć bowiem pewności, co dzieje się „pod spodem” aktualnie obowiązującej i rzekomo akceptowanej przez ogół historycznej narracji. Jeśli nawet gigantycznej pracy przepracowywania wymknęła się tylko niewielka cząstka, to – jak ostrzega Dominick LaCapra – „owa niepoddająca się asymilacji resztka wywołuje często niekontrolowane i nieświadome reakcje podmiotu”. Nie sposób zapomnieć, że w minionym stuleciu tego typu „niekontrolowane reakcje” pochłonęły miliony istnień ludzkich.
6. Jeśli nie wspólna historia, to może jednostkowa pamięć jest tym, co mogłoby nas uratować? Owszem, przeszłość zaślepia wzrok, uniemożliwiając dostrzeżenie racji innych i skazując pamięć na nieciągłość, fragmentaryczność czy wręcz wybiórczość. A jednak widok pola gęsto pokrytego kopczykami kretowisk ma w sobie coś nieporównanie bardziej krzepiącego niż obraz pustej przestrzeni zdominowanej przez jeden, gigantyczny, usypany tak zwanymi „wspólnymi siłami” kopiec pamięci. Problem tylko w tym, że jesteśmy zwykle zbyt ślepi i zbyt zajęci opowiadaniem swych krecich opowieści, by wychylić się ze swoich kopczyków i posłuchać jak o przeszłości mówi się w sąsiednich. W ten sposób pamięć, z definicji niepodległa oficjalnie obowiązującej historii (spisanej przez zwycięzców), staje się narzędziem walki o utracone prawa i przywileje. Przeistaczając się w swoistą „przeciw-historię”, rozrasta się i potężnieje, ale właśnie przez to traci swą siłę; jest kretowiskiem, którego mieszkańcy opętani są pragnieniem monumentu.
7. Bylibyśmy więc więźniami (zarówno historii, jak i pamięci) a kraty przeszłości uniemożliwiałyby nam wyjście ku innym? Na szczęście niezupełnie: bo choć to prawda, że nie możemy ocalić tego, co minione, to jednak wciąż możemy opowiadać siebie. Etymologicznie bliźna nie jest niczym innym, jak „skazą przy tkaniu” nazywaną nicią bliźniaczą, a polegającą na wpuszczeniu dwóch nici w jedną osnowę. Oto zadanie: utkać własną opowieść tak („tkanina” to po łacinie textus), aby wpuścić pod jej dach innych, pozwolić, by otrzymali oni możliwość zrobienia kroku w naszą stronę – a dzięki temu przeistoczenia się w naszych bliźnich, czyli etymologicznie: tych którzy stoją blisko. Na dynamikę tego procesu wskazuje piękna dwuznaczność zapomnianego dziś czasownika bliźnić się: oznaczał on bowiem zarówno goić się, zabliźniać w odniesieniu do rany, jak i przyjaźnić się z kimś blisko. Rana i przyjaźń wędrują razem, a miejscem ich gościny ma szansę stać się teatr.
8. A więc jednak blizna miałaby stać się miejscem spotkania, początkiem przyszłej – już nie orlej, ale kreciej – wspólnoty? Tak, ale tylko wówczas, jeśli weźmiemy sobie do serca sugestię Vattimo i spróbujemy zerwać ją jak strup. Nie możemy pozwolić, by blizny przesłoniły nam rany. W konfrontacji z bliznami przeszłości potrzeba raczej pokornej acz aktywnej ostrożności niż niefrasobliwej akceptacji istniejącego a niepewnego status quo. Zdecydowanie lepiej zabrać się za wspólną inscenizację małych spektakli bliźnienia niż oprzytomnieć w momencie, w którym kolejnej wielkiej krzywdzie historii nie będzie można już zapobiec.
9. Być może czyjaś opowieść będzie dla Ciebie nie bliźnieniem, ale bluźnieniem – ale to dobrze, bo bluzna to także „wybroczyna ropna” nie pozwalająca zabliźnić się ranie i zmuszająca do przywołania na pomoc innego. Być może też spotykając się w ciemnym wnętrzu teatru, by wsłuchiwać się w swoje historii popadniemy w melancholię (którą Freud słusznie porównywał do „otwartej rany”) – ale to dobrze, bo wyłącznie jej nieukojona refleksyjność może wprowadzić nas na, tak dziś potrzebną, scenę bliźnienia.
10. – Sądzisz więc, że zakochałam się w opowiadanych przez ciebie historiach?
- Skądże! – to przecież stek kłamstw. Myślę jednak, że ponieważ tak uważnie ich słuchałaś, udało się nam porzucić lęk przed zerknięciem w nasze rany.[i]
[i]Użyte w tekście cytaty i odwołania pochodzą z: F. Ankersmit,
Pochwała subiektywności, przeł. T. Sikora, w: tegoż,
Narracja, reprezentacja, doświadczenie. Studia z teorii historiografii, red. E. Domańska, Kraków 2004; E. Domańska
Biała tropologia. Hayden White i teoria pisarstwa historycznego, w: „Teksty Drugie” 1994 nr 2, s. 166; S. Freud,
Żałoba i melancholia, w: K. Pospiszyl,
Zygmunt Freud. Człowiek i dzieło, Wrocław 1991; D. LaCapra,
Psychoanaliza, pamięć i zwrot etyczny, przeł. M. Zapędowska, w:
Pamięć, etyka, historia, red. E. Domańska, Poznań 2006; G. Vattimo,
Ponowoczesność i kres historii, przeł. B. Stelmaszczyk, w:
Postmodernizm. Antologia przekładów, red. R. Nycz, Kraków 1996.